„Tylko dlatego, że spadało ze stołu” – wyjaśniła Maya.
„I?” zapytał.
„Była piękna” – powiedziała Maya.
Artur odwrócił wzrok, ból sprawił, że jego oczy się zacisnęły.
„Esther” – powiedział po długiej pauzie. „Moja córka miała na imię Esther i miała cztery lata”.
Słowa zdawały się drapać go do żywego gardła, gdy je wypowiadał. Maya opuściła tacę, czując, jak jej własne serce krwawi z tęsknoty za nim.
„Ona miała twoje oczy” – dodała Maya.
Twarz Arthura zacisnęła się z bólu. Przez sekundę myślała, że każe jej wyjść z domu, ale zamiast tego zapytał, czy wierzy w duchy. Maya pomyślała o tlenowym respiratorze swojej babci w ciemności, o wspomnieniach, które czają się obok ciebie w pustych pokojach, i o żalu dotykającym twojego ramienia, gdy nikogo nie ma.
„Tak, mam takie myśli” – odpowiedziała – „ale nie zawsze takie, jakie ludzie zazwyczaj mają na myśli”.
Na jego twarzy pojawił się słaby, gorzki uśmiech, który jednak równie szybko zniknął.
„Mówisz jak ktoś o wiele starszy od ciebie” – zauważył.
„A ty śpisz jak ktoś, kto boi się własnych snów” – odparła.
Atmosfera zamarła, gdy Maya zdała sobie sprawę, że posunęła się za daleko. Arthur wstał, koc opadł na podłogę, a na jedno uderzenie serca na jego twarz powrócił dawny, twardy wyraz. Potem cicho kazał jej zostawić tacę i odejść. Posłuchała.
Przy drzwiach odezwał się ponownie.
„Jutro rano przyjdź tu wcześnie” – rozkazał.
Maya zwróciła się do niego.
„Dlaczego?” zapytała.
Jego wzrok powędrował ku sufitowi, ku drugiemu piętrze, ku zamkniętemu pokojowi.
„Bo w końcu otwieram drzwi” – stwierdził.
Tej nocy Maya źle spała i o świcie dotarła na miejsce, gdy niebo nad miastem było jeszcze fioletowe. Pani Gordon czekała w holu z bladą i niespokojną twarzą.
„Czy powiedział ci, co zamierza zrobić?” zapytała Maya.
Pani Gordon powoli skinęła głową.
„Nie musisz tam wchodzić” – ostrzegła pani Gordon.
„Poprosił mnie, żebym tam była” – odpowiedziała Maya.
„W tym pokoju złamano ludzi silniejszych od ciebie” – wyszeptała pani Gordon.
Maya spojrzała w górę schodów, w stronę zakazanego piętra.
„Może po prostu próbowali wejść tam sami” – powiedziała Maya.
Spojrzenie pani Gordon złagodniało tylko na moment.
Arthur pojawił się na szczycie schodów, bez marynarki, tylko w białej koszuli z podwiniętymi rękawami do przedramion, a w dłoni trzymał srebrny klucz. Nie przywitał się z nimi, tylko poszedł na koniec korytarza, a Maya podążyła za nim. Pani Gordon pozostała kilka kroków za nią, z ręką przyciśniętą do piersi w geście zdenerwowania.
Przy zamkniętych drzwiach Arthur zatrzymał się i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w nie, podczas gdy Maya słyszała, jak jego oddech się zmienia, gdy się przygotowywał.
„Nie musisz tego robić dzisiaj” – powiedziała.
