Nie był to rozpaczliwy krzyk ze schroniska.
Coś łagodniejszego.
Prawie jak rozpoznanie.
Robert usiadł obok niego na podłodze.
„To ona” — wyszeptał.
Lumo oparł się o jego nogę.
Robert znów zaczął płakać.
Tego wieczoru zadzwoniła Jessica.
„Czy coś zjadł?”
Robert spojrzał w stronę kuchni.
Lumo stał nad miską z jedzeniem.
„Właśnie teraz je.”
Jessica zamilkła.
„Mówi pan poważnie?”
„Zjadł prawie wszystko.”
Jessica usiadła za biurkiem w schronisku.
Dwadzieścia dziewięć rodzin.
Dwadzieścia dziewięć nieudanych adopcji.
Za każdym razem Lumo przestawał jeść.
Ale nie tutaj.
W kolejnych tygodniach Robert zaczął stopniowo zauważać dziwne rzeczy.
Lumo spał na starym krześle Emily.
Czekał pod drzwiami jej pokoju.
Drapał szafkę, w której kiedyś trzymała przysmaki dla bezdomnych kotów z sąsiedztwa.
A pewnego wieczoru Robert znalazł go zwiniętego w kłębek na starej bluzie, którą Emily zostawiła.
Wtedy Robert w końcu zrozumiał.
Może Lumo nie rozpoznał w schronisku samego Roberta.
Może rozpoznał coś przy nim.
Zapach Emily na starym płaszczu.
Znajomy zapach jej rodziny.
Coś, co zwierzęta rozumieją lepiej, niż ludzie kiedykolwiek będą w stanie.
Cokolwiek to było, Lumo wiedział.
I po raz pierwszy od śmierci Emily Robert poczuł w swoim domu coś innego niż pustkę.
Znów zaczął mówić.
