Wszelka niepewność zniknęła.
To nie był kolejny niedźwiedź, który akurat przypominał mojego.
Trzymałem w dłoni ten, który zrobiłem dla Richarda ponad dwie dekady wcześniej.
„Zawsze myślałem, że gdyby to teraz zobaczyła, pewnie by się roześmiała”.
Moje tętno przyspieszyło.
Stormy się uśmiechnęła.
„Kto więc to zrobił?”
Jordan krótko spojrzał na niedźwiedzia.
„A ty nie?”
„Mój tata nigdy mi nie powiedział, jak ma na imię.”
Lekko wzruszył ramionami.
„Powiedział tylko, że ona jest jedyną kobietą, którą naprawdę kochał”.
To zdanie uderzyło mnie z nieoczekiwaną siłą.
"Co się stało?"
„Pytałam go o to setki razy.”
"I?"
„Zawsze powtarza, że ją stracił, bo zbyt długo zwlekał z powiedzeniem jej prawdy”.
Poczułem bolesny ucisk w klatce piersiowej.
Jordan mówił dalej, nie zdając sobie sprawy, że każde słowo rozluźnia coś, co trzymałem w ryzach przez lata.
Jego wzrok znów powędrował w stronę niedźwiedzia.
„Tylko to.”
Stormy się uśmiechnęła.
„To jest w sumie całkiem romantyczne.”
Jordan się roześmiał.
„Kiedy skończyłem liceum, dał mi to.”
Na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
„Powiedział: »Pewnego dnia pokochasz kogoś na tyle, by zrozumieć, dlaczego niektórych rzeczy nie da się wyrzucić«”.
Nadal patrzył na niedźwiedzia.
„Nie rozumiałem, co miał na myśli, aż do dzisiejszego wieczoru”.
Spuściłem wzrok na talerz, tak aby żadne z nich nie zauważyło mojego wyrazu twarzy.
Dwadzieścia dwa lata wcześniej Richard przygotowywał się do egzaminów końcowych, a ja kończyłam ostatni ścieg.
„A co jeśli przyniesie ci to pecha?” – zażartowałem, podając mu małego misia.
Natychmiast przymocował go do plecaka.
"Niemożliwe."
