Niemożliwe.
Miejsce katastrofy znajdowało się w Arizonie.
Pierwszy wyszeptał generał Hale.
„To niemożliwe.”
Agent wyglądał na chorego.
„Obiekt znów jest w powietrzu.”
Nikt się nie odezwał.
Nawet wiatr na polu golfowym zdawał się ucichnąć.
Wtedy mój ojciec cicho się zaśmiał.
„Wy naprawdę oczekujecie, że uwierzymy w jakiś statek kosmiczny…”
Ziemia się zatrzęsła.
Nie gwałtownie.
Wystarczająco dużo.
Srebrne sztućce brzęczały.
Kawa drżała w filiżankach.
Wszystkie głowy na tarasie instynktownie zwróciły się ku górze.
A tam, wysoko nad klubem wiejskim, w blasku jasnego, ohiojskiego dnia…
Coś poruszyło się w chmurach.
Cichy.
Masywny.
Zło.
Zasłoniło słońce na pół sekundy, po czym znów zniknęło.
Cały taras wybuchł krzykiem.
Ludzie gwałtownie wstali.
Telefony pojawiły się wszędzie.
Pewna kobieta upuściła kieliszek z winem.
Moja matka mocno chwyciła mnie za ramię.
„Claire—”
Ale ja już patrzyłem w górę.
Bo przez jedną niemożliwą sekundę…
Rozpoznałem kształt.
Nie z akt wojskowych.
Nie z tajnych raportów.
Z Projektu Helios.
Z projektów pogrzebanych i odrzuconych siedem lat temu.
Z tą różnicą, że ta wersja była większa.
Żywy.
I na pewno nie zbudowane przez armię Stanów Zjednoczonych.
Reżyser Shaw spojrzał na mnie powoli.
„Teraz rozumiesz, dlaczego przyjechaliśmy osobiście”.
Ledwo go słyszałem.
Ponieważ głęboko w mojej piersi, pod latami treningu i dyscypliny…
W końcu nadszedł terror.
Nie strach przed wojną.
Nie strach przed śmiercią.
Strach przed rozpoznaniem.
Bo cokolwiek właśnie przeleciało przez niebo nad Briarwood Country Club…
Wiedział dokładnie, gdzie mnie znaleźć.
Wtedy wszystkie telefony na tarasie zadzwoniły jednocześnie.
Jedno powiadomienie.
Jeden alert alarmowy.
Automatycznie wyciągnąłem swój.
Wiadomość zawierała tylko sześć słów.
Proszę natychmiast wrócić do Helios, DR WHITMORE.
