„Smutek ma wiele głosów i nie wszystkie z nich są prawdziwymi duchami” – powiedziała tajemniczo Catherine.
Maya nic nie powiedziała, a jej babcia pochyliła się bliżej.
„Chcesz tam wrócić?” zapytała Catherine.
Maya pomyślała o buteleczkach z lekarstwami na kuchennej półce, o wezwaniu do zapłaty zaległego czynszu złożonym pod magnesem na lodówce i o oddechu babci, który zapierał jej dech w piersiach nocą. Potem pomyślała o drewnianym króliku i roztrzaskanym mężczyźnie, który go trzymał.
„Tak, wracam” – powiedziała Maya.
Następnego ranka pani Gordon była zaskoczona, widząc ją stojącą w drzwiach.
„Wróciłeś” – zauważyła pani Gordon.
„Miałam tu być” – odpowiedziała Maya.
„Większość ludzi by nie wróciła” – powiedziała pani Gordon.
„Potrzebuję tej pracy” – stwierdziła Maya.
Pani Gordon przyglądała się jej twarzy.
„Potrzeba nie jest tym samym, co wytrzymałość” – powiedziała.
„Nie, ale na pewno czegoś uczy” – odpowiedziała Maya.
Od tamtego dnia Arthur obserwował ją nieustannie, a Maya czuła to nawet wtedy, gdy nic nie mówił. Śledził ją wzrokiem, gdy przechodziła przez hol z czystymi ręcznikami, i zauważał, czy zatrzymała się w pobliżu gabinetu, czy spojrzała w stronę zamkniętych drzwi. Zauważył, czy dotknęła czegoś, co do niej nie należało.
Maya zajęła się więc swoją pracą i niczym więcej, polerując stół w jadalni, aż ciemne drewno odbijało sufit niczym szkło. Wietrzyła pokoje, z których nikt nie korzystał, naprawiła luźny guzik w poduszce dla gości, bo nie mogła znieść widoku, jak wisi na włosku, znalazła stare plamy po wodzie na pianinie i cierpliwie je usunęła. Nie uśmiechała się zbyt często, nie zadawała pytań, tylko wsłuchiwała się w dom.
Pod koniec tygodnia wiedziała, które schody skrzypiały na piątym stopniu, wiedziała, że pan Penhaligon źle spał, bo lampa w jego sypialni świeciła się po północy, i wiedziała, że nienawidził lilii, bo każda kompozycja z nimi znikała po południu. Wiedziała, że ktoś wciąż zamawiał mały kartonik mleka czekoladowego w każdy wtorek, mimo że nikt go nie pił.
W piątek wieczorem deszcz zaczął stukać o wysokie okna niczym zaniepokojone palce proszące o wpuszczenie. Maya składała ręczniki w pralni, gdy światła zamigotały raz, potem drugi, a sekundę później cała rezydencja pogrążyła się w ciemności. Gdzieś na górze coś runęło na podłogę.
Pani Gordon zawołała z korytarza: „Zostań tam, gdzie jesteś”, ale wtedy Maya usłyszała inny dźwięk – ciche, zduszone westchnienie dochodzące z gabinetu Arthura.
Poruszyła się, zanim zdążyła pomyśleć. Drzwi gabinetu były uchylone, a w środku Arthur stał przy biurku, jedną ręką opierając się o krawędź, a drugą przyciskając do piersi. Papiery walały się po podłodze, a u stóp walało się potłuczone szkło.
