Moja klatka piersiowa nie.
W środku znajdowała się naklejka dla gości szpitalnych sprzed niemal roku.
Na odwrocie: „Powiedziała, że jej matka śmiała się, jakby starała się nie śmiać”.
Zrobiło mi się zimno.
To byłem ja.
Thomas zapytał mnie o to pierwszego dnia naszego spotkania.
Nie, jak umarła moja matka.
Ani jak długo byłam w żałobie.
Jak ona się śmiała?
Już prawie odszedłem.
Zamiast tego usiadłem obok niego w poczekalni i odebrałem.
„Jakby starała się tego nie robić”.
Wtedy Thomas się uśmiechnął.
„To są najlepsze.”
Miałam 29 lat, kiedy go poznałam, choć od miesięcy czułam się o wiele starsza.
Po śmierci matki moje życie nie rozpadło się dramatycznie. Po prostu przestało iść naprzód.
Poszedłem do pracy.
Zapłaciłem rachunki.
Odpowiedziałem na wiadomości małymi uśmiechniętymi emotikonami.
Potem zaczęłam pracować jako wolontariuszka w szpitalu, bo kiedy po raz pierwszy w samotności patrzyłam, jak ktoś umiera, coś we mnie odmówiło posłuszeństwa.
Pomagałam pacjentom, których rodziny mieszkały zbyt daleko, przestały dzwonić lub nie mogły zmusić się do przyjazdu.
Trzymałem kubki z wodą.
Czytaj czasopisma na głos.
Dowiedziałem się, w których pokojach zawsze jest chłodno i które pielęgniarki nucą, gdy są pod presją.
Ludzie nazywali mnie miłym.
Mylili się.
