Śnieg pochłaniał drogę niczym biały grób, a płacz mojego noworodka był jedyną rzeczą, która powstrzymywała mnie przed położeniem się w nim. Owinąłem Lily pod płaszczem, tuląc ją do piersi, ale jej maleńkie ciałko wciąż drżało przy każdym gwałtownym podmuchu.
„Jeszcze trochę dalej” – szepnąłem, choć nie miałem pojęcia, gdzie jeszcze jest to dalej.
Za mną dom moich rodziców jarzył się ciepłym i złotym blaskiem w burzy. W środku mama pewnie nalewała herbatę. Tata pewnie sprawdzał zamki.
Godzinę temu stałam w ich marmurowym holu, a pod moją szpitalną bransoletką wciąż zasychała krew.
„Tato, proszę” – błagałam. „Dziecko marznie. Pozwól mi pojechać samochodem”.
Ojciec skrzywił usta. „Jaki samochód?”
„Kupił mi dziadek Mercedesa.”
Moja mama zaśmiała się cicho, jakbym była głupia. „Kochanie, musieliśmy to sprzedać. Rachunki same się nie zapłacą”.
„Ale dziadek przysyła pieniądze co miesiąc.”
Jej wzrok się wyostrzył. „Za mało”.
Następnie moja siostra Vanessa zeszła po schodach w moim kaszmirowym płaszczu, z diamentowymi kolczykami i okrutnym uśmiechem.
„Może gdybyś nie zaszła w ciążę z mężczyzną, który uciekł, nie byłabyś takim ciężarem” – powiedziała.
Spojrzałem na kluczyki w jej dłoni. Srebrny emblemat Mercedesa zakołysał się na pierścieniu.
