„Pozwól mi się uśmiechnąć, Eleanor. Długo na to czekałem!”
—
Margaret przybyła w niedzielę, niosąc naczynie do zapiekania i z miną typową dla zimowej pogody. Daniel podążał dwa kroki za nią z rękami w kieszeniach.
„Mama tak nakrywała do stołu” – powiedziała Margaret, wpatrując się w mój lniany bieżnik. „Patricia. Na wypadek, gdybyś zapomniał jej imienia”.
„Nie znałem twojej matki, kochanie. Ale biegacz może od razu zejść, jeśli ci to przeszkadza.”
„Wszystko w tym mnie denerwuje” – odparła.
Garrett odchrząknął, stojąc w drzwiach.
„Margaret. Wystarczy.”
Posłała mu delikatny, sztywny uśmiech, ale bez przeprosin. Daniel nie chciał na mnie spojrzeć.
—
Uwagi te powtarzano tydzień po tygodniu.
