Czasami Daniel nosił Sophie po korytarzu o drugiej nad ranem i szeptał:
— Płacz, ile chcesz, kochanie. Czekaliśmy jedenaście lat, żeby usłyszeć ten płacz.
Dlatego to, co wydarzyło się później, bolało jeszcze bardziej.
Mniej więcej w okolicach pierwszych urodzin Sophie lekarze zaczęli się niepokoić, ponieważ nie rosła prawidłowo. Jej waga pozostawała niezwykle niska, włosy zaczęły się przerzedzać i po kilku wizytach skierowano nas na badania genetyczne.
Kilka tygodni później specjalista wezwał nas ponownie do szpitala.
Sophie siedziała mi na kolanach, kiedy powiedział nam, że ma zespół Hutchinsona-Gilforda, czyli progerię.
Ani Daniel, ani ja nigdy wcześniej nie słyszeliśmy tej nazwy.
Lekarz wyjaśnił, że jest to niezwykle rzadka choroba genetyczna związana z przyspieszonym procesem starzenia i poważnymi problemami zdrowotnymi. Potem powiedział nam, że nie istnieje lekarstwo, które mogłoby całkowicie wyleczyć tę chorobę, a wiele dzieci z progerią nie dożywa dorosłości.
Spojrzałam na Sophie.
Uśmiechała się do mnie i bawiła guzikami mojej bluzki.
Pamiętam, że zapytałam:
— Jak może pan mówić mi, że moja córka może nie dorosnąć, skoro siedzi tutaj, na moich kolanach, i się do mnie uśmiecha?
Daniel prawie nic nie powiedział podczas tej wizyty.
Tamtej nocy znalazłam go siedzącego w ciemności obok łóżeczka Sophie.
Po długiej ciszy wyszeptał:
— Chyba nie dam rady tego zrobić.

Pomyślałam, że mówi o strachu.
Ale wtedy spojrzał na mnie i powiedział:
— Przez jedenaście lat wyobrażałem sobie, jak dorasta. A teraz za każdym razem, kiedy na nią patrzę, myślę tylko o tym, że ją stracimy.
Powiedziałam mu, że nadal jest naszą córką i będziemy ją kochać tak długo, jak długo będzie nam dane być razem.
Ale Daniel był przerażony.
— A co, jeśli ktoś inny będzie lepiej przygotowany, żeby się nią opiekować? — zapytał w końcu.
Spojrzałam na niego oszołomiona.
