Przesunąłem w jego stronę talerz z naleśnikami i dodałem: „Może to jakiś stary nauczyciel. Może to któryś z moich znajomych dziwnie się zachowuje. Może bierzesz udział w bardzo niskobudżetowej operacji szpiegowskiej”.
Uśmiechnął się, ale uśmiech był blady.
A potem opowiedziałem żart, którego nie powinienem był opowiadać.
„Poza tym w tych kopertach są pieniądze. Twój ojciec nigdy by ich nie znalazł.”
Tym razem Adrian roześmiał się naprawdę, ale tylko przez sekundę. Potem znowu spojrzał na kartkę i ucichł.
Potem przestaliśmy próbować rozwiązywać zagadki na głos. Koperta stała się częścią dnia. Jak świece. Jak zdjęcia urodzinowe. Jak ja udająca, że nie płaczę co roku, bo moje dziecko rosło, miało niższy głos i oddalało się od małego chłopca, który pytał mnie, czy robaki mają mamę.
W zeszłym tygodniu Adrian skończył osiemnaście lat.
Już zanim go obudziłem, miałem dziwne przeczucie.
Może dlatego, że osiemnastka brzmi dumnie, inaczej niż inne urodziny. Brzmi ostatecznie. Legalnie. Skończona. Jeden rozdział się zamyka, niezależnie od tego, czy jesteś gotowy, czy nie. Poprzedniego wieczoru stałam w kuchni, lukrując ciasto, o które specjalnie prosił, żeby „nie wyglądało na wzruszone”, i czułam ból w piersi, którego nie potrafiłam wytłumaczyć.
Koperta przyszła tego ranka.
Ten sam rozmiar. Ten sam zwykły biały papier. To samo staranne pismo.
Adrian zobaczył go na stole i uśmiechnął się tym swoim starym uśmiechem, tym z dzieciństwa. Przez ułamek sekundy znów zobaczyłem mojego sześciolatka.
„Oto jest” – powiedział cicho.
Podniósł go i obracał w dłoniach.
„Otwórz” – powiedziałem.
"Brzmisz nerwowo."
"Zawsze jestem zdenerwowany."
„O mojej kartce urodzinowej?”
„O wszystkim. Wychowałem cię.”
To go rozbawiło, a potem wsunął palec pod klapkę. Stałam przy ladzie i udawałam, że płuczę naczynia, które i tak były już czyste. Najpierw wyciągnął kartę, a potem coś jeszcze.
Złożony list.
To było coś nowego.
Przestałem się ruszać.
Adrian rozłożył książkę, a cała barwa uleciała mu z twarzy tak szybko, że się przestraszyłam.
"Adrian?"
