Sala zapomniała, jak się oddycha. Przyglądałem się twarzom stojącym najbliżej parkietu – widziałem dokładnie moment, w którym dziewczyna w zielonej sukience rozpoznała swój charakter pisma na jednym z płatków i zakryła usta. Zobaczyłem chłopaka dwa stoliki dalej, który znieruchomiał.
Podeszła pierwsza. Szepnęła coś do ucha Hazel, czego nie usłyszałem. Potem przyszła kolejna dziewczyna. Potem chłopak, a po jego policzkach spływały łzy.
Hazel w końcu się rozpłakała. Nie dlatego, że się wstydziła. Bo ktoś w końcu ją zobaczył.
Tego wieczoru jechałam sama do domu i stanęłam w starym pokoju Masona. Przycisnęłam dłoń do jego komody.
„Ktoś dotrzymał twojej obietnicy, kochanie” – wyszeptałam. „Nie była sama”.
A jutro, wiedziałem, znów zasiądzie przy śniadaniu.
