Przy czwartym sklepie widziałem, jak Hazel kurczy się w sobie, jej ramiona zbliżają się do uszu, tak samo jak miało to miejsce na pogrzebie Masona.
Zmusiłem się, żeby mój głos brzmiał jaśniej.
„Jest jeszcze jedno miejsce. To ładne na Maple.”
"Mama."
„Jeszcze tylko jedno, kochanie.”
Stary przydomek prawie mi się wymknął, ale dostrzegłem go, zanim zdążył jej zrobić krzywdę. To słowo należało do Masona. Tylko do Masona.
W witrynie butiku Maple wisiała suknia, którą już sobie wyobrażałam. Kość słoniowa, miękka, romantyczna. Hazel stała przed szybą przez dłuższą chwilę, zanim zapytała głosem, którego nie słyszałam od roku: „Czy mogłabym przymierzyć tę z witryny?”.
Sprzedawczyni spojrzała na nią powoli od góry do dołu, zaciskając usta.
„To ci nie pomoże, kochanie. Jesteś za duża.”
To było wszystko. Żadnej życzliwości. Żadnych przeprosin.
Hazel nie płakała. Nie protestowała. Po prostu odwróciła się, wyszła i wsiadła na miejsce pasażera w moim samochodzie. Poszedłem za nią, drżąc na kluczykach.
„Hazel, bardzo mi przykro. Wrócę tam i…”
„Proszę prowadzić.”
"Kochanie-"
„Proszę. Po prostu jedź.”
Patrzyła przed siebie przez całą drogę do domu. Ciągle się jej przyglądałem, czekając, aż się złamie, rozpłacze, zrobi cokolwiek. Nic się nie działo. To przerażało mnie bardziej niż szloch.
Weszła do domu, weszła po schodach i zamknęła drzwi sypialni. Usłyszałem kliknięcie zamka.
Poszedłem za nią. Usiadłem na dywanie przed jej pokojem, opierając się plecami o drzwi.
„Hazel. Otwórz drzwi. Proszę.”
„Nie idę na bal, mamo.”
„Kochanie, możemy coś znaleźć. Możemy coś uszyć sami, możemy…”
„Mamo. Przestań”. Jej głos był pusty i zmęczony. „Nie idę. Proszę, przestań próbować”.
