—
Stałem na korytarzu z dziewięciomiesięczną Shannon na rękach.
Adele miała 13 lat i chodziła boso po schodach. Piper miała osiem. Trojaczki, Penelope, Mia i Lucille, miały pięć lat i szlochały w salonie, bo nie mogły zrozumieć, dlaczego ich matka pakuje walizki.
„Maya, zwolnij” – błagałam. „Możemy porozmawiać, jak dziewczynki pójdą spać”.
„To wszystko, co robimy, Robert” – warknęła. „Gadamy. Liczymy rachunki. Robimy zakupy na zapas. I udajemy, że to wystarczy”.
Przycisnąłem Shannon wyżej do piersi. „Wystarczą”.
Maya spojrzała na nasze dziecko, a potem na mnie.
„Nie możesz po prostu zostawić szóstki dzieci”.
Jej oczy błysnęły. „Nie możesz dać mi życia, jakiego pragnę. Ale Harry może. Kupił mi nowiutki samochód, a nawet zabrał mnie na Malediwy, Robercie. Czy rozumiesz, jakie życie mi daje? Jakie życie mi daje?”
„Maya” – wyszeptałam. „Nasza córka cię słyszy”.
Spojrzała na Adele. „Wtedy może nauczy się nie zadowalać niczym”.
Potem zatrzasnęła drzwi: żadnego pocałunku dla Shannon, żadnej obietnicy, że zadzwoni, jedynie drzwi zamknęły się, a sześć dziewczyn stało się całym moim światem naraz.
—
Wróciwszy do kuchni, Adele usiadła naprzeciwko mnie.
„Mogę jej powiedzieć nie” – powiedziałem. „To twój ślub”.
„Powiedz jej, że jest mile widziana.”
Ścisnęło mnie w żołądku. „Adele.”
„Ona nie idzie po ciebie. Ona idzie, żeby wystąpić.”
"Ja wiem."
„To dlaczego jej na to pozwoliłeś?”
