Za nią stała Stella w beżowych spodniach i biżuterii, która brzęczała za każdym razem, gdy się poruszała.
Rachel dała mi całusa w powietrzu.
„Betty, w twoim domu cudownie pachnie.”
„Dziękuję, kochanie.”
Stella rozejrzała się.
„Piękny dzień.”
Wtedy zauważyłem torby.
Duża płócienna torba wisiała na ramieniu Rachel. Była na tyle otwarta, że mogłem zobaczyć kilka plastikowych pojemników ułożonych w środku.
Stella niosła pod pachą ogromną torebkę i złożoną torbę na zakupy. Kiedy się poruszyła, usłyszałem stukanie kolejnych pojemników.
Czekałam, aż ktoś wspomni o deserze, sałatce, chlebie lub czymkolwiek innym, co przynieśli.
Żadne z nich nie.
Rachel weszła do przedpokoju i rozejrzała się dookoła.
„Jest tu tak ciepło i przytulnie.”
Stella skinęła głową.
„Tak. Bardzo zamieszkane.”
To była pierwsza, mała zniewaga tego popołudnia.
Uprzejmy gość mógł mieć na myśli wygodę.
Stella miała na myśli starą.
Mimo wszystko się uśmiechnąłem.
„Wszyscy są na zewnątrz.”
Gdy weszliśmy na podwórko, Tom pomachał nam znad grilla.
„Miło cię widzieć, Julianie.”
Stella podziwiała rozkładówkę.
„To prawdziwa uczta.”
Tom wyglądał na dumnego.
„Betty kupiła trzydzieści trzy funty wołowiny.”
W chwili, gdy to powiedział, Rachel i Stella wymieniły szybkie spojrzenia.
Na ich twarzach nie było widać wdzięczności.
Wykazali się kalkulacją.
„Trzydzieści trzy funty?” – zaśmiała się Rachel. „Nic dziwnego, że przywieźliśmy pojemniki”.
Na tarasie zapadła cisza.
Zdając sobie sprawę z tego, co przyznała, Rachel szybko dodała: „Zawsze zarabiasz za dużo, Betty. Nie chcieliśmy, żeby cokolwiek się zmarnowało”.
Nic nawet nie zostało podane.
Lunch zaczął się na pierwszy rzut oka całkiem przyjemnie.
