Część 1:
Osobiście odwiozłam męża na lotnisko, czekałam tam, aż jego samolot zniknął w przestworzach, i przez następne kilka dni odbierałam od niego z Seattle serdeczne wiadomości.
Wtedy moja mała córeczka wskazała na nieznajomego i szepnęła:
„Mamo… musimy uratować tatę.”
Tego ranka dom wydawał się niezwykle pusty, otoczony ciszą, która pojawia się tylko wtedy, gdy ktoś, kogo kochasz, jest daleko.
Minęło jedenaście dni, odkąd odwiozłem Henry'ego na lotnisko o piątej rano. Zoe spała na tylnym siedzeniu, z twarzą przyciśniętą do pluszowego królika. Wciąż pamiętałem, jak całowałem Henry'ego na pożegnanie na krawężniku, gdy niebo było ciemne, a kawa w moim kubku termicznym zbyt gorąca, żeby ją pić.
Co roku firma Henry'ego wysyłała go na tę samą dwutygodniową konferencję biznesową do Seattle.
Sam zarezerwowałem mu lot, wydrukowałem kartę pokładową i spakowałem brązową skórzaną torbę podróżną wieczorem przed jego wyjazdem.
Złożyłem jego ulubioną granatową kurtkę i położyłem ją na wierzchu, mówiąc:
„Nie pozwolę ci stracić kolejnego.”
Henry patrzył na mnie z drugiego końca kuchennego stołu, podczas gdy nawlekałam igłę.
„Sophia, serio, nie zgubię kolejnej kurtki.”
„Mówisz tak za każdym razem. Straciłeś jednego zaledwie dwa tygodnie temu.”
Przyszyłam mały kawałek materiału do wewnętrznej strony kołnierzyka i napisałam na nim jego imię własnym charakterem pisma.
Henry Collins.
Zaśmiał się i pokręcił głową, ale pozwolił mi dokończyć.
Aż do tego tygodnia nigdy nie dano mi powodu, żeby kwestionować decyzję męża.
Każdej nocy po swoim wyjściu wysyłał mi wiadomości.
Zdjęcia panoramy Seattle zrobione z pokoju hotelowego.
Komentarze na temat zimnej pogody, jedzenia i tego, jak bardzo tęsknił za Zoe i mną.
Ufałam mu całkowicie.
Był tylko jeden temat, którego Henry zawsze unikał.
