Część 1:
Moja matka wróciła z Malibu śmiejąc się, piasek wciąż przylegał do jej sandałów, a mojej córki nie było z nią nigdzie.
„Gdzie jest Mia?” zapytałem, sięgając już do drzwi, zanim ktokolwiek zdążył otworzyć.
Ojciec postawił chłodziarkę w przedpokoju. Moja siostra Chloe odwróciła wzrok. Mama zaśmiała się beztrosko i uniosła obie ręce.
„Och, Harper, uspokój się. Musiałam ją zostawić przy ręcznikach.”
Zostawiłem ją. Jakby Mia była butelką wody. Torbą plażową. Składanym krzesłem. Jakby nie błagała mnie rano, żebym włożył jej fioletowy kostium kąpielowy i nie pocałowała mnie w policzek, zanim odeszła.
Ścisnąłem klucze tak mocno, że metal wbił mi się w dłoń. Mama przewróciła oczami.
„Zawsze wszystko robisz dramatycznie.”
Chloe mruknęła: „Pewnie jest z ratownikiem albo kimś takim”.
Tata po prostu wpatrywał się w podłogę.
Droga powrotna na plażę zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Ciemne chmury pochłonęły niebo nad oceanem, a parking był prawie pusty, kiedy dotarłem na miejsce. Biegłem boso po zimnym piasku, krzycząc imię Mii, aż bolało mnie gardło.
Znalazłem ją za zamkniętym stoiskiem z przekąskami, zwiniętą między dwoma koszami na śmieci, drżącą i pokrytą piaskiem i łzami. Kiedy mnie zobaczyła, nie pobiegła w moją stronę. Wzdrygnęła się.
„Mamo” – wyszeptała. „Babcia kazała nikomu nie mówić”.
Owinąłem ją kurtką i zobaczyłem ciemne ślady na jej nadgarstkach. Były zbyt równe, żeby przypominały zwykły upadek. Ścisnęło mnie w żołądku, gdy przycisnęła dłonie do piersi.
Następnie wskazała na drogę serwisową za plażą.
„Jakiś mężczyzna mnie tam zabrał. Ciocia Chloe widziała. Dziadek powiedział, że wszystko psuję”.
Ledwo mogłem oddychać.
„Jaki mężczyzna, kochanie?”
Mia przełknęła ślinę i spojrzała mi w oczy.
„Ten mężczyzna ze zdjęcia w szufladzie babci. Ten, o którym mówiłaś, że nigdy nie będzie mógł się do nas zbliżyć”.
Wiedziałem dokładnie, o kogo jej chodzi. Victora Hale'a. Brata mojej matki. Człowieka, który według mojej rodziny opuścił Kalifornię lata temu po tym, jak policja po cichu zniknął.
Trzymałem już telefon w dłoni, gdy światła reflektorów błysnęły na skraju parkingu. SUV moich rodziców powoli wjechał na parking, jakby jechali za mną. Mama wysiadła pierwsza i tym razem wcale się nie śmiała.
