Część 1:
Kolejny skurcz przeszył mnie tak mocno, że pokój rozmył się na krawędziach. Kolana się pode mną ugięły i opadłam na bok kanapy, jedną ręką obejmując brzuch, a czołem wciskając się w poduszkę. Próbowałam oddychać tak, jak nauczył mnie lekarz, ale to nie był zwykły ból. Czułam się, jakby moje ciało i otaczający mnie świat rozwarły się naraz.
Dzwonek do drzwi zadzwonił ponownie.
Zmusiłem się, żeby przecisnąć się przez podłogę w kierunku drzwi wejściowych. Każdy ruch wywoływał u mnie kolejną falę bólu. Korytarz zdawał się nie mieć końca. Nie raz myślałem, że padnę, zanim do niego dotrę.
Gdy w końcu przekręciłem zasuwę i otworzyłem drzwi, na ganku stał mężczyzna w ciemnym mundurze.
Nie policja.
Ratownik medyczny.
Za nim na podjeździe czekała karetka.
Ulgę poczułam tak nagle, że łzy napłynęły mi do oczu, zanim zdążyłam je powstrzymać.
Ratownik medyczny spojrzał na mnie i wyraz jego twarzy uległ zmianie.
„Pani, czy jest pani tu sama?”
Skinąłem głową.
W ciągu kilku sekund do środka wbiegło dwóch kolejnych medyków ze sprzętem. Jeden z nich spojrzał na podłogę i mruknął coś ostrego pod nosem.
Była krew.
Za dużo krwi.
„Co się stało?” zapytał.
„Mój mąż” – udało mi się wykrztusić. „Odszedł”.
Medycy wymienili spojrzenia. Jeden z nich natychmiast sięgnął po radio.
„Dyspozytor, mamy ciążę bliźniaczą wysokiego ryzyka. Możliwy poród w trybie nagłym. Pacjentka najwyraźniej została pozostawiona sama i wykazuje oznaki poważnego stresu”.
Pozostawiony sam sobie.
Słowa te przeszły przeze mnie niczym potłuczone szkło.
Ponieważ dokładnie to się wydarzyło.
Położyli mnie na noszach i pospiesznie wyprowadzili z domu. Kiedy wieźli mnie przez salon, obejrzałem się raz. Dokumenty medyczne walały się po podłodze. Dywan był miejscami przemoczony. Krzesło było przewrócone. Z kuchni na kanapę prowadziła ścieżka.
