Miliarder powoli podszedł bliżej Eleny. W jego oczach pojawiły się łzy.
„Ten naszyjnik…” wyszeptał drżącym głosem. „Skąd go masz?”
Elena przełknęła ślinę.
„Należało do kobiety, która mnie wychowała” – odpowiedziała ostrożnie. „Znalazła mnie po pożarze samochodu trzydzieści lat temu w pobliżu Fort Worth. Miałam gorączkę, bliznę po oparzeniu i ten naszyjnik”.
Eleanor wydała z siebie rozdzierający szloch.
Drżącymi palcami wyciągnęła spod bluzki złoty łańcuszek.
Zawieszona była na nim druga połowa dokładnie takiego samego srebrnego słońca.
Te dwa elementy idealnie do siebie pasowały.
W sali balowej rozległy się westchnienia.
Julian znów wymusił nerwowy śmiech.
„Panie, z całym szacunkiem, podobne naszyjniki można kupić wszędzie…”
„Zamknij się” – warknęła Eleanor.
Następnie ostrożnie obróciła naszyjnik.
„Na odwrocie jest napis.”
Ręce Richarda mocno się trzęsły, gdy Elena pozwoliła mu się temu przyjrzeć.
Wyblakłe z upływem czasu, lecz wciąż widoczne, były wygrawerowane inicjały:
EK — Moje światło zawsze powraca.
Richard zamknął oczy.
Wtedy najpotężniejszy mężczyzna w pomieszczeniu padł na kolana przed kobietą w taniej niebieskiej sukience.
„Elizabeth” – wykrztusił przez łzy. „Moja córka… moja mała Elizabeth”.
