CZĘŚĆ 2
Preston złapał mnie za nadgarstek zanim doszedłem do mikrofonu.
"Co robisz?"
„Wznoszę toast.”
Zacisnął mocniej dłoń. „Nie zawstydzaj mnie.”
Ironia sytuacji niemal mnie rozśmieszyła.
Po drugiej stronie sali balowej Caroline stuknęła w kieliszek. „Och, pozwól jej mówić. Może podziękuje nam za to, że wyrwaliśmy ją z zapomnienia”.
Goście znów się zaśmiali.
Delikatnie odsunęłam rękę Prestona. Potem minęłam górujący tort weselny, orkiestrę i ruszyłam w stronę sceny. Moja główna druhna, Nora, spotkała się ze mną wzrokiem z drugiego rzędu. Wiedziała. Po południu umieszczała zapieczętowane teczki pod krzesłami sześciu starannie wybranych gości: radcy prawnego banku, dwóch niezależnych członków zarządu, wspólnika Richarda, audytora firmy i reportera prasy finansowej.
Preston poszedł za mną w połowie drogi, a potem zatrzymał się, gdy Richard pokręcił głową. Nadal byli zadowoleni. Nadal pewni, że będę płakać, błagać i przepraszać.
Wziąłem mikrofon.
„Moja nowa rodzina dużo dziś mówiła o ubóstwie” – zacząłem. „Porozmawiajmy więc, co tak naprawdę oznacza ubóstwo”.
W pokoju zapadła dziwna cisza.
Najpierw zniknął uśmiech Richarda.
Kontynuowałem. „Bieda to nie szycie sukienek o północy, żeby twoje dziecko mogło pójść na studia. To nie życie w pośpiechu, uczciwa praca ani noszenie tych samych butów przez dziesięć lat”.
Moja matka spojrzała w dół i zaczęła płakać.
„Bieda to potrzeba pięciuset nieznajomych, którzy będą śmiać się z porządnej kobiety, żebyś mógł poczuć się bogaty”.
Przez salę balową przeszedł szmer.
