„Oczekuję poprawy”.
Złożyłem papier.
Wtedy mój telefon zawibrował.
Wiadomość od mojego prawnika.
Cztery słowa.
Powiernicy idą naprzód.
Spojrzałem na Patricię.
"Absolutnie."
Uśmiechnęła się.
Odwzajemniłem uśmiech.
„Wyjątkowo posprzątamy wszystko”.
Trzy dni później Patricia zorganizowała lunch dla członków zarządu Fundacji Whitmore.
Przed południem nosiła diamenty i bez końca mówiła o „rodzinnym dziedzictwie”.
Podałem herbatę.
Cieszyło ją to bardziej, niż powinno.
Nie podobał jej się dzwonek do drzwi.
Wszedł siwowłosy mężczyzna w towarzystwie dwóch prawników.
Patricia zamarła.
„Robert?”
Robert Hale był starszym powiernikiem.
Daniel zszedł na dół.
„Co się dzieje?”
Robert położył teczkę na stole w jadalni.
„Nadzwyczajne spotkanie zarządu”.
Patricia spojrzała na mnie.
Zdjąłem fartuch.
Złożyłem.
Następnie ostrożnie położyła go obok filiżanki.
„Chyba powinieneś usiąść.”
Jej twarz straciła kolor.
