Skinęła głową.
"Domyśliłem się."
„Jestem zraniony. I żałuję, że mi nie zaufałeś.”
"Jesteś na mnie zły?"
Spojrzała na Króliczka.
„Nigdy jej nie powiedziałam, że jest moją matką. Powiedziałam jej, że jesteś moją matką. Za każdym razem, gdy naciskała za bardzo, mówiłam jej o tym”. Zrobiła pauzę. „Myślę, że to, że byłam zmuszana do porzucenia mnie, naprawdę ją zniszczyło”.
Westchnąłem i pocałowałem ją w czubek włosów.
"Może."
Zaśmiała się wilgotno. „Więc... moje urodziny jak dotąd idą świetnie, prawda?”
„Myślę, że to, że zmusiłam ją do porzucenia mnie, naprawdę ją zniszczyło”.
Ja też się śmiałem.
"Twoje ciasto jest nadal nienaruszone."
"Cytrynowy?"
"Oczywiście."
Spojrzała na królika.
"Myślę, że Króliczek potrzebuje kąpieli."
„Więc... moje urodziny jak dotąd przebiegają świetnie, prawda?”
"Króliczek potrzebował kąpieli piętnaście lat temu."
Uśmiechnęła się.
Potem wzięła mnie za rękę.
Przez lata powtarzałem Hope, że Bóg wysłał ją gdzieś, gdzie mogłem ją usłyszeć.
Tego ranka zrozumiałem, że kochanie jej nie oznaczało wybierania za nią. Oznaczało pozostanie, kiedy ona sama tego dokonała.
Bóg wysłał ją gdzieś, gdzie mogłem ją słyszeć.
